home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add

- advertisement



Rozdzial III

Noc z dnia trzynastego na czternasty grudnia na zamku w Poznaniu byla przygotowana juz dniem poprzedzajacym. Mina, zrozpaczona ozieblo'scia ksiecia, rozgniewana, odgrazajac sie zemsta jaka's, kilka razy wpadala do Lukierdy i napatrzywszy sie na nia, placzaca cicho, zdretwiala, na p'ol oszalala cierpieniem, cofala sie, nie mogac zdoby'c na krok stanowczy.

Wieczorem wezwala do siebie Bertoche i poi'c ja zaczela.

Sluchaj no rzekla drzac cala trzeba raz z nia sko'nczy'c. Przysiegam ci, zem to z jego wlasnych ust slyszala, ze on sam mi powiedzial: Niech mnie od niej uwolnia! Tak! Rozumiesz ty, co to znaczy? Dwa razy mi to powt'orzyl. On chce, aby byl koniec temu!

Bertocha, kt'ora prze'sladowala Lukierde z zajadlo'scia zwierzecia, co szarpie stworzenie bezbronne, ociezala, wahajaca sie, gdy przychodzilo do stanowczego ciosu, na zbrodnie nie miala dosy'c odwagi. Zamruczala, glowa pokrecila, ramionami poruszyla, obawiajac sie szalonej Miny; gotowa byla meczy'c, ale zabi'c A tu niewatpliwie o morderstwo chodzilo.

Ona i tak lada dzie'n zdechnie zamruczala popijajac. Ja sie na tym znam. Niejedna juz taka widzialam! Gdy idzie do ko'sciola, slania sie jak pijana, tchu juz nie ma, raz w raz chwyta sie za piersi wyschle. Nie je, nie pije, ino wode. W nocy rzuca sie, jeczy i placze.

No, to po c'oz dluzej ma meczy'c nas i jego?! Ja ci powiadam, on m'owil sam, ze chce, aby go od niej uwolniono!

Bertocha krzywila sie, spuszczala oczy, z widoczna niechecia sluchala tej rozmowy. Mina dolewala jej cieplego wina z korzeniami, biegala, rzucala sie jak w goraczce.

Nie! To trzeba sko'nczy'c! Trzeba sko'nczy'c jak najpredzej!

Nachylila sie do ucha Bertochy i szeptala:

Jak kurcze ja zdusi'c latwo. Zobaczysz! Hojnie za to nagrodzi! Ona mu juz tu Prosi, aby go od niej uwolni'c! Nikt w 'swiecie wiedzie'c nie bedzie. Chora byla, umarla!

Ty i ja nas dw'och dosy'c dodala z zajadlo'scia Mina. On kazal! Kazal!

Bertocha podniosla oczy, wino ja czynilo mezniejsza.

We'zmiemy po niej wszystko! Ja dla siebie nie chce nic! Ma jeszcze dosy'c klejnot'ow, kt'ore w skrzynce zamyka sa ciezkie la'ncuchy bierz ty bierz, co tylko jest.

Niemce oczy zaczynaly gorze'c coraz ja'sniej. Wstala.

Dobrze to m'owi'c poczela troche ochryplym glosem. Ja wszystko wiem! Bedzie kto slaby, konajacy, a jak przyjdzie duszy z ciala wychodzi'c, broni sie okrutnie, ni jej podola'c! Male dziecko trudno udusi'c, a co dopiero niewiaste!

Co? Ona za male dziecko sily nie ma! przerwala Mina. Gdyby jej pod boki nie trzymali, do ko'sciola by sie nie zawlekla. Przez izbe idac chwyta sie za 'sciany i lawy.

Bertocha wciaz niedowierzajaco trzesla glowa.

Ty my'slisz mruczala z tymi ksiazety dobra sprawa? Ja i to wiem. Powie: Uwolni'c mnie od niej, powie: Zabi'c, potem sam rece umyje i ko'nmi rozszarpa'c kaze! I to bywalo! Co ich kosztuje slowo albo ludzkie zycie?

Ot'oz ja lepiej go znam niz ty! odburknela Mina.

Nieprawda oparla sie Bertocha. Jeszcze o tobie tu sluchu nie bylo, kiedym ja go malym chlopcem znala i dobrze znala! Bylam ci i ja mloda!

U'smiechnela sie znaczaco.

Kto by im wierzyl! Zaklnie sie na wszystko, a potem wieche'c[141]!

Mine nie nastraszyly te proroctwa. Wrzala gniewem, pilno jej bylo Powiedziala sobie, ze dluzej juz nie wytrwa. Inne slugi miala zjednane, gotowe byly przyj's'c w pomoc, trzeba jej tylko bylo zyska'c Bertoche, aby mie'c w niej wsp'olniczke, nie wroga.

Wszystkie klejnoty twoje! m'owila, 'sciskajac ja. Malo ci tego, ze swoich dam! Ja z dziewczetami zrobie wszystko, ale ty musisz by'c ze mna! Ona dzi's ledwie chodzi, krzycze'c nie bedzie, nie poslyszy nikt zobaczysz.

Bertocha, kt'ora juz z lawy powstala, jeczac sie na nia rzucila.

Nie chce! R'ob sama!

Niemka wina jej dodala.

Pij no, pij! Tch'orz z ciebie! zawolala. Dzi's z nia sko'nczemy[142] Ty musisz! Ja moge, a zeby's ty nie chciala On czeka na to, kazal, nagrodzi. Nikt slowa nie powie. Umarla i po wszystkim

Pila zamy'slona Bertocha, a po glowie sie jej krecily klejnoty i la'ncuchy, i rozkaz ksiecia, i zapewniona bezkarno's'c latwej zbrodni.

Ciagle rozmowy o 'smierci bliskiej, a nieuchronnej Lukierdy uczynily ja prawie obojetna na nia.

Mina, czytajac z niej, coraz pewniejsza byla swego. Wybiegla predko podpatrze'c, co robila Lukierda. Jak zwykle w izbie jej sypialnej jedna lampka plonela przed obrazem, druga na stole. Mroki panowaly po katach. Szerokie loze z rozwartymi oponami jeszcze stalo puste. Ksiezna, chwiejac sie, chodzila po izbie ciemnej. Przyklekla raz przed obrazem Matki Boskiej, zlozyla rece, modli'c sie zaczela i szlochala. Padla na ziemie, a gdy podnie's'c sie chciala, musiala chwyci'c za lawe i z ciezko'scia wsta'c mogla. Godzina juz byla, w kt'orej do snu szla zwykle, lecz z p'oj'sciem do loza zwlekala. W nim sen ja nie bral, a je'sli skleil powieki, przerywaly go marzenia. Zrywala sie plaka'c, jecze'c, czasem zanuci'c i znowu pa's'c na poduszki.

Mina do polowy drzwi rozwarla, rzucila okiem chciwym, 'sledzila kazdy ruch pilnie, kazda oznake znekania i oslabienia. Widziala, jak sie za piersi chwytala, chwiala, slabla i, spu'sciwszy glowe, przypadla na lawie. Potem podniosla ja nieco, sparla na 'scianie, dyszala ciezko, w gardle jej odzywalo sie co's jak chry- pliwy glos konania.

Mina wpadla nazad do izby z rozpalona twarza. Po drodze co's szepnela dziewczetom, kt'ore staly gromada i czekaly. Byly to pospolite sluzebne, dziewki silne jak parobcy, zuchwale, zyciem w'sr'od dworu zepsute, a tego wieczora miodem przez Mine spojone. 'Smialy sie i szydzily czekajac. Nic ich to nie obchodzilo, co z rozkazu starszych uczyni'c mialy. Bertocha po kubkach drzemala i dumala, gdy Niemka wr'ocila. Dotknela ja reka rozpalona, namietnie drzaca.

Czeka'c trzeba, az sie polozy mruczala. W'owczas

Bertocha upojona skinela glowa potwierdzajaco. Wm'owila juz w siebie, ze gdy Mina razem z nia i's'c miala, niebezpiecze'nstwa nie bylo. Dziewki mogly zrobi'c, co trzeba, im dosy'c bylo skina'c na nie.

Poduszki leza przy l'ozku na boku! wolala przerywanym glosem Mina. Gdy sie polozy, rzucim na nia, glosu nie wyda, znaku nie bedzie.

Szeptaly juz z soba zgodne. Bertocha, gdy raz na to przystala, takze co rychlej sko'nczy'c chciala, uwolni'c sie od oczekiwania, kt'ore ja meczylo. M'owila sobie, ze najpierwsza natychmiast pobiezy do ksiecia i da mu zna'c, ze chora pani umarla. Wstala, chcac i's'c.

Czekaj zatrzymala ja Mina sied'z tu; p'ojde, zobacze Nie trzeba jej ploszy'c. Niech sie polozy i zadrzemie. Tak bedzie lepiej i latwiej.

Powt'ornie wybiegla Mina i przysunela sie do drzwi. Lukierda chodzila znowu, nucila co's p'olglosem, slaniala sie, jak wprz'ody, chwytala za piersi i glowe. Wyslala do niej jedna z dziewczat, aby jej godzine snu przypomniala. 'Smialo weszla, nawykla do obchodzenia sie z ksiezna bez wzgledu na jej dostojno's'c i chorobe, jedna z najzuchwalszych sluzebnych. Stanela, zakladajac rece na piersiach.

Czas wam spa'c! odezwala sie.

Lukierda spojrzala na nia bez odpowiedzi.

Czas i's'c spa'c! powt'orzyla. A to my dla was na nogach by'c musiemy! No, czas spa'c! zawolala raz jeszcze, glos podnoszac i szydzac.

Ksiezna nic nie odpowiedziala. Chodzila powoli, przywykla byla do takiego slug znecania sie. Odretwiala juz na nie.

Kilka razy powt'orzywszy coraz zuchwalej to napomnienie, dziewka przystapila do ksieznej, za reke ja ujela i nie mogaca sie obroni'c powlokla do loza. Lukierda oslabla usiadla na nim, lecz w tejze chwili wstala predko nastraszona i przechadza'c sie zaczela. Drugi raz sprob'owala dziewczyna za reke ja uja'c. Sila jaka's goraczkowa wyrwala sie jej ksiezna, popatrzala ze wzgarda i odeszla w drugi koniec izby. Mina, przygladajac sie temu zza drzwi przymknietych, zzymala.

Dziewczyna odeszla, pomrukujac. Szeptaly wszystkie, stojac pode drzwiami; glosy ich dochodzily ksiezne, ale to bylo powszednie z niej i jej nieszcze'scia uragowisko. Lzy sie rzucily z ocz'ow, plaka'c zaczela. Mina dala im znak. Wiedziala, ze po takim placzu gwaltownym sen ja bral zawsze oslabla. Lecz Lukierda, zamiast i's'c do loza, wcisnela sie w r'og izby i, oparlszy o 'sciane, oczy zamknela. Godzina byla p'o'zna w nocy.

Mina i Bertocha czekaly, kazawszy sobie da'c zna'c, az ksiezna sama sie polozy. Czekaly na pr'ozno.

Kury pialy juz drugie, Lukierda drzemala oparta o 'sciane, dziewczeta patrzaly przez szpary, niecierpliwiac sie i przeklinajac. Mina chodzila po swej izbie, teraz juz potrzebujac hamowa'c Bertoche, kt'ora wyrywala sie i's'c i ko'nczy'c Byla wp'olpijana.

Kiedy ko'nczy'c, to ko'nczy'c! powtarzala. Chod'zmy! Zabijemy ja jak muche.

Bylo po p'olnocy, gdy jedna z dziewczat przybiegla, dajac zna'c, ze Lukierda poszla do loza. Zerwaly sie obie kobiety, lecac pedem. U progu coraz ciszej stapaly, dziewkom nakazujac milczenie.

Otwarly drzwi; na palcach weszla cala gromada. Juz sie podsuwaly pod loze, gdy nagle Lukierda, jakby miala przeczucie napa'sci, siadla na lozu. W mroku ujrzala te gromade zblizajaca sie w milczeniu i wydala krzyk przera'zliwy, rozdzierajacy, kt'ory rozlegl sie w'sr'od nocnej ciszy. Mina, struchlala, nie chciala wierzy'c uszom, aby ten glos tak silny, kt'ory m'ogl ludzi na zamku pobudzi'c, wyszedl z piersi wyschlej i oslablej.

Ksiezna, drzac, oczyma strasznymi patrzala na nie, rece jej wyciagniete jak do odepchniecia napa'sci skolowacialy w konwulsyjnym ruchu. Byla to nie juz przed chwila dogorywajaca, schorowana niewiasta, ale istota broniaca zycia swego sil ostatkiem.

Mina, zawahawszy sie chwile, ogarnieta w'scieklo'scia jaka's pierwsza sie rzucila na nia. W tej chwili Lukierda z loza wyskoczyla na izbe, biegla ku drzwiom, od kt'orych dziewki zastepowaly, odpychajac ja, nie puszczajac. Ksiezna poskoczyla ku oknu z szybko'scia, kt'ora zdumiala kobiety, co ja niedawno ledwie porusza'c sie mogaca widzialy. I tu znalazla juz rozpostarte rece, co jej ucieczke zapieraly.

Mina, opamietawszy sie, jak szalona pedzila za nia. Bertocha stala jeszcze przerazona, gdy za Niemka rzucily sie sluzebne i, walac sie wszystkie na krzyczaca i opierajaca Lukierde, pociagnely ja za soba na loze.

Mina ogromna poduszke, kt'ora miala juz przygotowana, narzucila jej na glowe i rozpaczliwy krzyk stlumila. Wida'c bylo konwulsyjnie poruszajace sie cialo biednej meczennicy, potem rece i nogi wyciagniete straszliwie skostnialy, zdrewnialy i bezsilnie opadly. Niemka dusila z calych sil, a dwoje dziewczat z zajadlo'scia jej dopomagalo. Krzyki i szamotanie sie ustaly, nastapila cisza zlowroga. Bertocha z obawa przystapila spogladajac na loze, ale twarzy ksieznej widzie'c nie mogla, bo poduszki okrywaly glowe, a palce Miny, jak szpony wci'sniete w nie, dusily jeszcze juz zaduszona.

Twarz m'sciwej dziewki byla dzikim szalem jakim's zmieniona, zeby 'sci'sniete zdaly sie chcie'c pozera'c ofiare. Nie mogla czy nie 'smiala jej pu'sci'c, az sil zabraklo i Mina znuzona pochylila sie, padajac na podloge. Bertocha odgarnela poduszki. Z twarza, na kt'orej wypietnowaly sie meczarnie zgonu, z oczyma krwia zabieglymi i juz zeszklonymi, lezal siny trup Lukierdy. Widokiem jego Bertocha sie wytrze'zwila. Strach jaki's ogarnal wszystkie niewiasty.

Mina tylko, podni'oslszy sie z ziemi, oblakana rwa'c zaczela trupa i uklada'c, aby na nim 'sladu gwaltownej 'smierci nie bylo. Lecz juz sie on nie dawal zetrze'c. Dziewki i dwie mordu sprawczynie staly jeszcze nad lozem, a poduszka obok lezaca zgnieciona i zmieta 'swiadczyla o tym, co sie tu przed chwila dokonalo, gdy drzwi sie otwarly i z lampka w reku wpadl ksiaze.

Krzyki doszly usz'ow jego, szedl przeczuwajac co's, przelekly, a do's'c mu bylo okiem rzuci'c na twarz Miny, na loze, na dziewki jeszcze po walce drzace nia, z wlosami potarganymi, aby cala straszna prawde odgadna'c. Ksiaze przyskoczyl do loza i stanal przy nim zbladly jak trup, oczyma blednymi rzucajac dokola. Mina wlepila w niego wejrzenie zwycieskie jakie's, oszalale; nie uciekala ani sie zapierala.

Przemyslaw nie m'ogl przem'owi'c, dyszal wzruszony, zdjety oburzeniem i groza. Oczy jego z trupa obr'ocily sie na kata.

Masz, czego chciale's! zawolala Niemka. Powiedziale's sam: Uwol'ncie mnie od tego trupa Spelnilam rozkazanie twoje. Ty's rzekl!

I wskazala na'n palcem zuchwale. Ksiaze, poslyszawszy to, chwycil n'oz, kt'ory mial u pasa, podni'osl go i cisnal nim na Mine. Oczy jego plonely, usta sie trzesly.

Niemka chciala go wyzywa'c jeszcze, lecz strach ja ogarnal nagle, z krzykiem rzucila sie do drzwi. Przemyslaw gnal ja, podni'oslszy reke, do progu; tu wysilony padl na lawe, rece bezsilne obwisly. Dziewki i Bertocha staly jeszcze dokola loza.

Ksiaze, nie patrzac na nie, nie rzeklszy slowa, rzucil okiem przestraszonym ku lozu i nie mogac znie's'c widoku, wysunal sie z izby, z podsienia wyszedl na chl'od zimowy; stanal wryty. Tu go spartego o slup zastal czuwajacy ksiadz Teodoryk, kt'ory czatowal zawsze na'n, 'sledzac kazdy krok jego.

Slabym glosem, chwytajac go za reke, ksiaze sie odezwal:

Lukierda nie zyje! Ojcie popelniono zbrodnie, zab'ojstwo Jam nie winien! Jam nie winien!

Teodoryk podni'osl oczy ku niemu.

Kt'oz by 'smial was obwinia'c rzekl drzacy. Wy sami nie dawajcie pozoru Id'zcie spokojnie do mieszkania, mnie zostawcie staranie wszelkie.

To m'owiac, lektor ujal go za reke i poprowadzil do sypialni, sam za's natychmiast poszedl do sypialni ksieznej.

Zastal tu jeszcze wszystko, jak bylo przed chwila. Bertocha tylko usiadla na ziemi, nie mogac sie juz na nogach utrzyma'c. Dziewki cisnely sie do kat'ow i popadaly na lawach. Trup lezal pokurczony, zastygly, siny i blady. Loze poszarpane, poduszki zmiete i podarte, na jednej z nich plama krwi 'swieza 'swiadczyly o popelnionej zbrodni.

Ksiadz Teodoryk, stanawszy u loza, cho'c jako duchowny, co dzie'n sie niemal z widokiem 'smierci spotykal, zdretwial ze strachu i oburzenia. Lza mu sie zakrecila w oku, ale nie czas bylo bole'c, nalezalo pana ocali'c i dom ksiazecy od poszlaku[143] zbrodni oczy'sci'c. Ksiadz natychmiast rozkazal Bertosze i slugom przyodziewa'c zwloki i ulozy'c je tak, azeby 'slad'ow gwaltu na nich nie bylo.

Wszystkie one, co na zywa nie lekaly sie rzuci'c, teraz zmarlej dotyka'c sie baly, lecz ksiadz Teodoryk znalazl w sobie do's'c sily, aby nakaza'c poslusze'nstwo. Glos jego, suknia, trwoga, kt'ora ogarnela sluzebne, zmusily je, iz przystapily do zwlok, a Bertocha pierwsza poczela rece wyciaga'c, sklada'c i powieki zamyka'c.

Do drzwi doszedlszy, zawolal ksiadz Teodoryk na komornik'ow, kt'orzy sie pobudzili, i u progu postawil ich na strazy, jednego wyslal do ko'sciola. Uderzono w wielki dzwon za umarlych.

Na calym zamku, w kt'orym juz wprz'od poruszenie jakie's czu'c sie dawalo, odglos ten dzwonu, bieganie czeladzi rozbudzily 'spiacych. Kto zyl, wybiegal, rozpytywano sie, skupiano.

Ksiezna umarla! wolali jedni.

Ksiezne uduszono szeptali drudzy.

Oskarzono Mine jawnie, bo widzieli straznicy wybiegajaca z mieszkania ksieznej i jak szalona kolujaca po podw'orzach. Z dziewczat, kt'ore do mordu nie nalezaly, wiele o nim wiedzialo, inne pode drzwiami przypatrywaly sie, gdy go spelniano. Roznioslo sie opowiadanie o nim po zamku, po mie'scie. Z nocy stal sie dzie'n i trwoga jaka's padla na ludzi. Gromady ludu zbieraly sie na podwalach, cisnely do wr'ot, krzyki, jeki odgrazania slycha'c bylo.

Mine, gdyby sie naonczas pokazala, rozszarpaloby moze posp'olstwo, ja za gl'owna uwazajac sprawczynie. Inni glo'sno obwiniali samego ksiecia. Dzwony zalobne wt'orowaly temu wrzaskowi tlumu. Bramy zamku musiano podw'ojna straza obstawi'c.

Wewnatrz kasztelan Tomislaw, cho'c nie mial wydanych rozkaz'ow, uslyszawszy o mord obwiniajacych Mine, poslal szuka'c jej. Ludzie wpadli do mieszkania, kt'ore zajmowala, znale'zli w nim nielad, skrzynie pootwierane, suknie porozrzucane, lampke plonaca jeszcze, ale jej nigdzie ni 'sladu. M'owiono, ze wprost od trupa skoczyla na konia, wrota sobie kazala otworzy'c i nim w zamku sie poruszono, uszla. 'Sciga'c ja nie 'smial kasztelan.

Ksiadz Teodoryk sam zajmowal sie przygotowaniem do pogrzebu, tak aby z dniem nadchodzacym cialo wystawionym by'c moglo i przeniesione do ko'sciola. On o wszystkim pamieta'c i rozporzadza'c sie musial, bo ksiaze siedzial niemy, przybity i na pytania nie odpowiadal. Z miasta od jednego z tych cie'sl'ow, kt'orzy sie zajmowali wyrabianiem trumien, jakie naonczas uzywano (wydrazanych w jednej sztuce debowego drzewa i wiekiem pokrywanych), sprowadzono taka klode debowa i pokryto ja suknem szkarlatnym.

Te, co zamordowaly ksiezne, zmuszone byly same ja odzia'c i wlozy'c do trumny. Ksiadz Teodoryk najwspanialsze kazal wydoby'c szaty, ale gdy tych szuka'c przyszlo, okazalo sie, iz ksiezna ich nie miala, ze i one, i klejnoty, opony, i wszystkie bogactwa Mina sobie przywlaszczyla. Stamtad wiec musiano je przynosi'c, cho'c niecala juz grabiez znaleziono.

Dluga noc grudniowa zbiegla na tych przyborach do pogrzebu, kt'orych ksiadz Teodoryk nie odstepowal. Nad ranem lezala juz Lukierda w trumnie, w szatach ksiazecych, a dokola staly pozapalane ogromne pochodnie i duchowie'nstwo z katedry otaczalo katafalk, 'spiewajac modlitwy za umarlych.

Pomimo stara'n, aby lice jej, kt'ore pobielono, nie zdradzalo tajemnicy straszliwej nocy, wyraz twarzy napietnowany byl nie spokojem konania, ale meczarnia. Dla nikogo nie bylo watpliwym, ze nieszcze'sliwa Lukierda padla ofiara jakiej's zbrodni, kt'orej przyczyn szukano wysoko. Szemrano przeciwko ksieciu.

Przemyslaw cala noc te straszna przesiedzial w izbie swej, nie slyszac, co mu donoszono, nie rozumiejac, co m'owiono do niego. Chociaz nie czul sie winnym tej zbrodni, mial ja jednak na sumieniu. Niebaczny wyraz jeden, wyrzeczony w chwili zniecierpliwienia, Niemka mu rzucila w oczy jak policzek! Obwinila jego o 'smier'c ksieznej. Nad rankiem, jakby ocknawszy sie, Przemyslaw kazal kasztelana przywola'c do siebie.

Gdzie jest Niemka, Mina?! zawolal. Je'sli znajdziecie ja, uwiezi'c, je'sli zbiegla, szuka'c! Jam nie winien tej 'smierci! Jam nie winien!

Powtarzal te wyrazy, kt'orymi wiecej sie obwinial, niz oczyszczal, nie baczac, jakie czynily wrazenie. Kasztelan natychmiast rozeslal pogonie, ale przewidzie'c bylo mozna zawczasu, iz zreczna a 'smiala Niemka, dla kt'orej meska odziez latwo wdzia'c bylo, kt'ora miala przyjaci'ol i zausznik'ow, latwo mogla uj's'c 'scigajacym.

Blady dzie'n zimowy wstal nare'scie nad zamkiem, we wszystkich ko'sciolach bito we dzwony. Pomimo grudniowego chlodu, lud, kt'ory sie u wr'ot gromadzil, nie ustepowal, a gdy nareszcie otworzy'c musiano, wlal sie caly na podw'orce i do ko'sciola.

Cialo Lukierdy jeszcze w sypialni na marach lezalo. Od ksiecia przyszly rozkazy, aby pogrzeb uczyni'c jak najwspanialszym. Przemyslaw nie ukazywal sie jeszcze. Na tym samym miejscu, na kt'ore padl, powr'ociwszy, siedzial nie mogac sie poruszy'c, drzacy, zziebly, oblakany. Takim znalazl go ksiadz Teodoryk, kt'ory gdy wszystkie przygotowania uko'nczone byly, pomy'slal nare'scie o panu.

Milo'sciwy Ksiaze odezwal sie meskie serce przystalo mie'c i w najciezszych razach.

Przemyslaw oczy podni'osl.

Obwiniaja mnie? zapytal. Prawda? Mnie winia? M'ow! Palcami wytyka'c mnie beda jako zab'ojce! Jam nie winien! Ta niepoczciwa niewiasta dopu'scila sie zbrodni. Je'sli ja pochwyce, kolem bi'c i ko'nmi rozszarpa'c kaze! Ojcze m'oj, jam nie winien!

Ksiadz Teodoryk milczal, glowe spu'sciwszy.

Ale kt'oz uwierzy w niewinno's'c moja? poczal ksiaze. Nie zylem z nia, byla bezpotomna; powiedza, zem ja chcial pozby'c sie chorej, wstretliwej niewiasty. Ojcze, m'ow!

Patrzal trwoznie.

Jam ani sluchal, co m'owi'c moga, anim sie chcial dowiadywa'c rzekl ksiadz Teodoryk spokojnie. Posp'olstwo moze ple's'c potwarze, ale c'oz gawiedzi glosy waza?

A po chwili dodal:

Milo'sciwy Panie, aby usta zamkna'c ludziom, potrzeba i's'c do ko'sciola. Musicie by'c na pogrzebie przytomni[144].

Przemyslaw, jakby nie slyszac, rzekl zywo:

Niech bedzie wspanialy pogrzeb, najwspanialszy! Niech trwa naboze'nstwo! Pro'scie biskupa, m'owcie duchownym, niech sie modla za nia!

Duchowie'nstwo ze wszystkich ko'sciol'ow i klasztor'ow juz zwolane rzekl, uspokajajac, Teodoryk.

Przemyslaw kazal sobie poda'c szaty uroczyste. Ubieral sie, a raczej dawal sie odziewa'c, drzac jeszcze. Gdy wychodzi'c przyszlo, rzucil sie na lawe bezsilny. Ksiadz Teodoryk, widzac go oslablym, wina przynie's'c kazal i zmusil go do wypicia p'ol kubka. Jadlo przyniesione odepchnal.

Nim wyszedl, ksiaze wydal rozkaz jeszcze, aby cala sluzbe ze'nska zamkowa natychmiast precz wyzeniono[145]. Ksiadz Teodoryk uczynil uwage, czy nie lepiej je bylo zatrzyma'c pod straza, aby bezkarno'scia nie da'c powodu do obmowy. Nie odpowiadajac mu, ksiaze dal znak tylko, aby postapil, jak sam zechce. Lektor rzadzil tu teraz wszystkim, rozkazy wydawal, nikt mu sie nie 'smial sprzeciwia'c.

W bialy dzie'n juz wzieli komornicy trumne na barki, kt'ora ledwie dwunastu ich moglo pod'zwigna'c, i wraz z duchowie'nstwem zanie'sli do ko'sciola. Trumna odkryta byla, ale niesiona g'ora zwlok dojrze'c nie dozwalala.

Komnaty Lukierdy staly teraz puste i na o'sciez otwarte. Bertocha lezala w goraczce, dziewki pod straz oddano. We dworze panowalo zamieszanie i trwoga. Ksiezna obudzala lito's'c u wielu 'swiadk'ow swego losu, kt'ora sie teraz w oburzenie zmienila przeciwko mordercom. Powie'sci o tej strasznej nocy, z ust dziewczat pochwytane, chodzily z ust do ust, coraz powiekszane i barwione.

Przemyslaw we wszystkich niemal budzil wstret i trwoge jako bezlito'sny okrutnik. Mogloz sie to sta'c bez jego wiedzy? Niewielu staralo sie na pr'ozno dowodzi'c, ze ksiezna umarla 'smiercia, dawno juz przewidywana, nikt im nie wierzyl. Byli ludzie, co krzyki slyszeli; Mina uciekla; dziewczeta plotly i oskarzaly wszystkich, aby siebie oczy'sci'c.

Bylo juz blisko poludnie, gdy ksiaze odziany zalobnie, w towarzystwie ksiedza Teodoryka, majac u boku kasztelana Tomislawa, wyszedl z izb swoich do ko'sciola. Podw'orce pelne bylo ludzi.

Bylo juz blisko poludnie, gdy ksiaze odziany zalobnie, w towarzystwie ksiedza Teodoryka, majac u boku kasztelana Tomislawa, wyszedl z izb swoich do ko'sciola. Podw'orce pelne bylo ludzi.

Zaczeto mrucze'c: Idzie! i oczy wszystkich zwr'ocily sie ku niemu. Gdyby nikt i nic go nie obwinialo, samo oblicze nagle zbladle, bledny wzrok, wyraz trwogi, wstydu jakiego's, upokorzenia, kt'ore sie przez przybrana przebijalo dume, wskazaloby go jako winowajce.

Ludzie z dala patrzali milczacy i m'owili w duszy: On ja zabil!

Chcial i's'c krokiem bezpiecznym i 'smialym, lecz plataly mu sie nogi, na skro'n wystepowal pot kroplisty, palily go tych wejrze'n tysiace, kt'ore czul, ze na'n padaly jak kamienie. Rad byl po'spiechem skr'oci'c niedluga droge do ko'sciola, kt'ora mu sie wiekuista wydawala, niesko'nczona.

Ksiadz Teodoryk hamowal kroki jego. Stapa'c musieli powoli w'sr'od tego milczacego tlumu, wprost idac na 'swiatla palace sie u trumny, w kt'orej Przemyslaw, nie widzac jej, ogladal trupa oczyma duszy, takim, jakim go widzial w chwile po zgonie. Mimowolnie na my'sl mu przyszlo, jak na ten zamek wjezdzali po raz pierwszy, jak ona drzaca, blada, szla klekna'c u tego oltarza, przed kt'orym teraz lezala bezduszna.

Nim Przemyslaw doszedl do drzwi ko'scielnych, z kt'orych coraz glo'sniej rozlegal sie placzliwy 'spiew ksiezy, wszystkie sily jego sie wyczerpaly, musiano go w progu podtrzymywa'c, aby nie padl. Chcial tu stana'c, wiedziono go dalej, dalej az pod sama te trumne, na podwyzszenie, z kt'orego twarz jej mial ujrze'c.

Gdy nareszcie wstapil na stopnie siedzenia i rzucil okiem na blade lice, zdalo mu sie, ze uslyszal glos wychodzacy z ust zamknietych: Przebaczam ci lecz B'og

A z glebi ko'sciola przynosil mu szmer tlumu slowa Zareby:

Karan bedziesz 'smiercia gwaltowna, jaka poniosla ona


Rozdzia l II | Pogrobek | Rozdzia l IV